Składniki:

– 2 małe pomidory
– 3 ząbki czosnku
– avocado
– trochę kiełków sojowych
– ziarna sezamu
– oliwa, sól, sos sojowy

Pomidory pokroić w kostkę, czosnek rozgnieść, polać oliwą, posolić, wymieszać i odstawić do lodówki na jakieś 2-3 godziny, żeby się przegryzło.
Kiełki sojowe zagotować – wrzuca się je na wrzątek, gotuje 2-3 minuty (trzeba uważac, zeby nie gotować za długo, bo zamienią się w smętne flaki), potem wywala na sitko i przelewa zimną wodą. Przed wrzuceniem do pomidorów należy je w ręce odcisnąć – trochę się połamią, ale bez ekscesu wody smakują znaaaacznie lepiej (zawsze tak przygotowują je Koreańczycy i zaprawdę mają rację :).
Do wyżej wymienionej ilości starczy garść.
Potem kroimy avocado w kostkę, dorzucamy razem z kiełkami. Oprószamy ziarnami sezamu, skrapiamy sosem sojowym i mieszamy.
Pyyyychaaaa!!

Napisane przez: futrzak | 2 maja 2014

Ryba inaczej, czyli ceviche dla opornych

Prawdziwe ceviche, będące daniem flagowym i popularnym w Ameryce Centralnej i Południowej, ma tysiąć pińcet sto dziewińcet odmian. Coś jak polski bigos w zależności od regionu :)

Ja tutaj przedstawię wersję najprostszą, możliwą do zrobienia z tego, co się w Polsce ma. Oraz niemożliwą do sp***** :)))

Po pierwsze, potrzebna jest ryba, nie-błotna, w postaci filetu – może być mrożony.
Czyli np. dorsz albo śledź albo łosoś. Pewnie halibut też by się nadał, ja użyłam tutejszego gatunku dorszopodobnego – merluzy.

Zamrożonego fileta trzeba rozmrozić, odsączyć ile się da z wody, pokroić w kostkę (jakies 2 cm, ale tak zeby sie nie porozwalało). Surową rybę tak przygotowaną zalewamy świeżo wyciśniętym sokiem z limonki. Można użyć zamiennie soku z cytryny, ale uprzedzam lojalnie – będzie smakować kijowo…

Rybę zalaną sokiem odstawiamy do lodówki na parę godzin – kwas z cytrusów spowoduje, że białko się zetnie i rybcia zmieni kolor. Tak ma być, to nie powód do paniki :)

Poza rybcią potrzeba: cebuli, oliwy, pomidora, (najlepiej dojrzałego a nie twardego bezsmakowego gniotka z supermarketu), pikantnej papryczki (absolutnie konieczne – mogą być rożne rodzaje, może być marynowana/piklowana – ale żaden proszek tego nie zastąpi, sorry) i jakiegoś zielska. Najlepiej sprawdza się cilantro (zielony wiecheć od kolendry, chyba niezbyt popularny w Polsce a szkoda, bo smakuje rewelacyjnie) albo nać pietruchy.

Cebulę i pomidora kroimy w kostkę, zielsko i papryczki siekamy, solimy, zalewamy oliwą i odstawiamy do lodówki. To nie powinno dłużej stać jak jakies pół godziny.

Faza finalna polega na wyciągnieciu ryby, odlaniu wiekszości soku z limonki i wrzucenia jej do pudła z reszta składników, wymieszaniu :)

MNIAM :)

Aha, jedna uwaga zdrowotna: to, co zrobione (czy ze świeżej czy rozmrożonej ryby) musi być skonsumowane natychmiast. Ryba surowa kiepsko sie przechowuje, a na drugi dzień nie dośc, że będzie gorzej smakować, to jeszcze może być zepsuta. Podobnie, jeśli ktoś chce robić ze świeżej a nie mrożonych filetów – trzeba mieć pewność, ze ryba była złowiona tego samego dnia.

Napisane przez: futrzak | 16 marca 2014

Zupa z łososia

Brzmi jak herezja, nie? Kto by tam marnował łososia na zupę :)

Tylko, że to herezja z pozoru. Bo wystarczy kupić całego łososia. Po wyfiletowaniu zostaje nam łeb, ogon i kręgosłup z resztą mięsa, z którymi nie wiadomo co zrobić, a wyrzucić szkoda. To jest właśnie materiał na znakomitą zupę z łososia :)

Można też pójść na łatwiznę i pójść do porządnego sklepu rybnego, w którym sprzedają całe ryby, ale na miejscu też filetują. Zwykle w takich sklepach sprzedają też pozostałości po filetowaniu, a jeśli nie – to można się dogadać z obslugującymi, żeby zamiast wywalić do kosza nam odsprzedali.
W moim wypadku (tu w Buenos) musiałam sie udać aż do Barrio Chino (chińskiej dzielnicy).

Składniki:

– pozostałości po trzech wyfiletowanych łososiach
– mały seler naciowy
– mała cebula
– jedna papryka zielona albo czerwona
– 2 małe papryczki chili
– przyprawy do smaku: sól, pieprz, oregano, liście laurowe, cilantro (jak ktoś ma).

Pozostałości po łososiach pizgamy do gara i lekko obgotowujemy, potem wyciągamy i za pomoca widelca oddzielamy mięso od ości. W moim wypadku wyszedł tego pełen talerz – całkiem nieźle. Odstawiamy do lodówki.
Pozostałe łby, ogony i ości wrzucamy do gara i gotujemy do upojenia :) tj. co najmniej 3-4 godziny, aż się wszystko porozpada na kawałki. Można gotować w garze ciśnieniowym, będzie szybciej.

Po rozgotowaniu wszystkiego następuje część najbardziej upierdliwa: przecieramy to, co zostało w garze, przez sitko, żeby w zupie nie było żadnych ości. Do tak powstałego bulionu wrzucamy posiekanego selera, cebulę, papryczki oraz przyprawy i gotujemy, aż cebula zmięknie. Po wyłaczeniu wrzucamy spowrotem do zupy oddzielone wcześniej mięso.
Serwujemy z makaronem ryżowym, sosem sojowym, cytryna i sosem sriracha na stronie – żeby sobie każdy doprawił tak, jak mu pasuje :)

Napisane przez: futrzak | 16 marca 2014

Barszcz czerwony w wersji paleo dla leniwych…

Bo barszcz czerwony to wiekszość Polaków zrobić umie, prawdaż? No, z proszku zrobić umie :-PPPP oraz z gotowych pierożków w sklepie kupionych…

Cóż. Ja nie toleruję wytworów chemicznych zbyt dobrze, ani też glutenu, więc wersja sztuczno-gotowa absolutnie nie wchodziła w grę. Z drugiej strony jestem leniwa – więc żadne tam concoctions z chuj-wi-jakiej-mąki-z-tyłka-wyciągniętej oraz sabatu czarownic nad garnkiem kołdunów też nie wchodziły w grę…

Wyszło wiec, co wyszło.
Zaczełam od ukiszenia 4 dużych buraków, posiekanych, w wielkim słoiku. Mam swoje niezawodne patenty na kiszenie tj. fermentacje mlekową, która wbrew pozorom nie jest łatwa i nie ogranicza sie do „wrzucenia skórki chleba razowego” do słoika. To wiedza z gatunku zaklęć – albowiem chleb, nawet z przefermentowanej mąki, po upieczeniu w wysokiej temperaturze ma wszystkie bakterie dokladnie i dokumentnie MARTWE i równie dobrze można sobie wrzucić do gara z mieszanka do fermentacji ogon lisa – efekt bedzie podobny…(na ten temat popenilam juz kilka wpisow, powtarzac sie więc nie będe…).

Jakiś zaczyn bakterii fermentacji mlekowej być musi: czy to z gotowego pakietu, czy naturalnych (tu jest trudno bo klimat, temperatura, zawartość soli w mieszance no i same buraczki – skądś się te bakteryjki wziąć musza, prawdaż…) czy wspomaganych. Anyway. Przejdzmy do kroku drugiego czyli mamy juz słój kiszonki buraczanej.

Na początek odławiamy z niej ukiszone buraczki i wrzucamy do gara. Potem pół selera naciowego siekamy, i do gara. Jak ktoś ma wywar (bulion) naturalny, to rewelka. Jak nie ma, od biedy moze wrzucic ze dwie kostki bulionowe, najlepiej jakies w miare naturalne, bez dodatkow polepszaczy, utrwalaczy i glutaminianu sodu…

Co dalej. Bierzemy kilogram mielonej wołowiny (moze byc mieszanka) – jak tłusta, to robimy tak jak ja: do michy, wrzucamy dwa jaja, całą furę soli, pieprzu, suszonej bazylii, oregano, papryczki i co tam nam bozia dała w ogródku. Im więcej, tym lepiej. Wyjdzie rzadkie – to doprawiamy mąką. Ja użyłam mąki z amarantu, bo to jest coś, co jest bardzo wartosciowe odzywczo, nie mam na to alergii, a i cena nie zwala z nóg na progu (jak w wypadku mąki z migdałów czy kokosowej…ktore zreszta tutaj smakowo nijak by nie pasowaly, bo to wolowina). Z masy wyrobionej i zmieszanej formujemy niewielkie kulki.

Wracamy do gara. Jesli to, co tam wrzucilismy, zagotowalo sie, to delikatnie wsadzamy nasze kulki mięsne. Po zagotowaniu skręcamy gaz i gotujemy az do momentu, kiedy buraczki, seler i kulki mięsne są mięciutkie. Poczem gaz WYLACZAMY i DOLEWAMY reszte plynnej kiszonki buraczanej :)
Doprawiamy do smaku – voila.
Gotowe do jedzenia :)

Napisane przez: futrzak | 20 grudnia 2013

Wykwintna potrawa

Współczesna sztuka kulinarna stała się tym właśnie – sztuką. Gdy popatrzec na setki i tysiace blogów kulinarnych, wygląda to mniej-wiecej tak: marketingowa bajeczka, potem dłuuuuuuuuga i skomplikowana lista składników – samo w sobie nic w tym złego, ale:

– o ile nie mieszka się w duzym, kosmopolitycznym miescie, trzeba zdrowo oganiać się po roznych, nietypowych sklepach, ktore zwykle sa daleko od miejsca zamieszkania;
– sporo z tych nietypowych skladników jest zwyczajnie bardzo drogich, bo sa importowane z drugiego konca swiata;
– na blogach pro-eko etc. w oczy kłują sformułowania jak „grass fed beef” albo „pastured eggs” itp. – tak jakby kazdy mieszkal w poblizu farmy ekologicznej, ktora na dodatek ma pozwolenie na sprzedawanie takich rzeczy
– dużo jest rzeczy juz gotowych, np. mieszanka X, sos Y, dodatek Z. Przy czym większość zawiera, niestety, gluten tudzież inne alergeny, jak chociazby glutaminian sodu.

Do tego dochodza elementy roboczo-manualnie skomplikowane, jak podawanie ilosci skladnikow w gramach (nie znosze!!! Komu by sie chciało p* z wagą kuchenną??), koniecznosc posiadania ciężkiego i skomplikowanego sprzętu kuchennego np. food processor (nie wiem jak to po polsku sie nazywa), garnki cisnieniowe, parowary, odpowiednie formy do ciasta etc.

Eh. A przeciez ludzie kiedys tak nie gotowali. Co to za sztuka spędzić pół dnia na ganianiu po zakupach, następne na robociźnie w kuchni po to, zeby wykombinować jakies egzotyczne concoction i olśnić gości?
Sztuką moim zdaniem jest wyczarować coś z resztek z lodówki, z kilku podstawowych produktów, albo z mięsa trzeciego gatunku. Dobrego jakościowo steka z cielęciny każdy idiota potrafi usmażyć…ale zróbcie coś smacznego ze starej baraniny albo koźlęciny, o. Albo spożytkujcie podwiędłe i zdrewniałe zdziebko warzywa…Tu moim zdaniem dopiero ujawnia się prawdziwy talent kulinarny.

Np. dzisiaj (ach, ta skromność :))). Do dyspozycji miałam:
– dwa kawalki żylastej wołowiny (ossobuco, czyli „pokrojona na kawałki gicz cielęca” – tutaj tania, jakies 7 PLN/kg..bo to jedno z najbardziej paskudniejszych mięs wołowych tutaj…)
– 2 pomidory
– resztki czerwonego wytrawnego wina z zeszłego tygodnia, nieco zwietrzałe
– 2 cebule
– reszta zesmażonej marchewki
– resztka oliwy
– podpleśniały korzonek imbiru
– bateria dyzurnych przypraw: pieprz czerwony, pieprz czarny, oregano, curry, papryczki chili
– pasta z czosnku (świeży rzecz jasna lepszy, ale akurat nie mialam…)
– sól i cukier

Klasyczne włoskie ossobuco to jest, proszę państwa, figo-fago-baba-nago. I jeszcze ten szpik wyciągany wykałaczką, prawdaż…chyba bym prędzej sobie tą wykałaczką w oko szczeliła śpikiem, niż go wyciągneła w celach konsumpcji…

Anyway. Ja człowiek prosty i leniwy, wiec mój algorytm wygladal tak:

Mieso zostalo pokrojone na cienkie skrawki (w celu szybszego zmięknięcia), podlane winem, oliwa i odrobiną wody. Do tego wrzucone gnaty (zeby sie szpik wygotowal w sosie). Potem pomidory i cebula w kostke i przyprawy do smaku. Ja osobiście lubię wersję pikantno-chińską, czyli dużo imbiru i czosnku i chili.
Potrawa nie wymaga zadnego zachodu – ot, zamieszac raz na jakis czas. Jak juz sie troche popyrkota, wrzucamy marchewke. Kiedy wszystko będzie super miękkie, zaprawiamy mąką ziemniaczaną, coby wodniste za bardzo nie bylo.
I JUZ.
Mozna serwowac z ryzem i jeść pałeczkami (jak ktos chce szpanować i Chińczyka udawać :), a mozna w wersji polsko-latynoskiej czyli z ziemniakami :)

Wyszlo znakomite, niestety do restauracji nie nadaje sie, bo ah, gdziez tą wykałaczkę wbić :)

Napisane przez: futrzak | 20 października 2013

Pieczeń argentyńska

Wariacji z chrupkami jako zastępnikiem bułki tartej ciąg dalszy.

Składniki:

– kilogram bardzo tłustego mielonego z wołowiny
– 3 jajka
– chrupki kukurydziane
– jedna cebula
– ziola prowansalskie, oregano, sól, pieprz
– trochę mąki kukurydzianej do wysypania blachy do pieczenia

Cebulę siekamy na drobno, wbijamy 3 całe jaja, do tego szerokim gestem przyprawy. U mnie to bylo chyba po dużej lyżce stołowej oregano i ziół prowansalskich – akurat to miałam pod ręką. Sól i pieprz do smaku, jak komu pasuje. Całość wyrabiamy łapami az do rownomiernego rozprowadzenia wszystkich składników. Następnie tłuczemy chrupki w mozdzieżu do przypraw – ja mam taki średniej wielkości, 3 razy wypelnilam go chrupkami i utluklam – nie ważyłam wiec niestety, dokladnej ilosci podac nie moge. Generalnie jednak chodzi o to, zeby dosc rozpływająca się masa miesno-jajeczna uzyskała nieco zwartości. Chrupki doskonale wciągają zaś wilgoć :)

Blachę do pieczenia obsypujemy obficie mąką kukurydzianą, układamy wyrobioną masę mięsną. Znów – temperatury nie podam, bo nie mam termometru w piekarniu, nie mam nawet mozliwosci jej regulacji odkąd coś tam się zepsuło…temp i czas można zerżnąć jak myslę z innych przepisów na pieczeń mięsną :)
Kiedy mięso juz wlasciwie jest gotowe, dodajemy na wierzch startego żółtego sera i wkładamy ponownie do piekarnika, aby ser sie roztopil i zrumienil.
Na gorąco spożywane smakuje najlepiej z gotowaną marchewką i oczywiście czerwonym, wytrawnym winem.

Na zimno smakuje równie dobrze drugiego dnia, krojone na kanapkę.

Napisane przez: futrzak | 15 października 2013

Tania, łatwa i szybka panierka bezglutenowa

można oczywiście kupić do takiej panierki gotową, bezglutenową bułkę tartą. Po pierwsze jednak, nie wszedzie jest, po drugie na ogol wyceniona jest jak złoto na wagę….

No to wymyśliłam cos lepszego i az sie sobie dziwie, ze nigdy wczesniej na to nie wpadlam. Otoz…robimy panierke z płatków kukurydzianych.
Trzeba kupic oczywiscie te najprostsze, bez dodatkow, bez cukru, bez niczego. Tluczemy tluczkiem w mozdziezu i voila! Mamy chrupobułę :)

Troche jednak trzeba zmodyfikowac technike smazenia. Zamiast jak normalnie – najpierw obmaczac w jajku, potem w bułce tartej i bum – od razu na patelnie – tutaj obmaczamy, obtaczamy chrupobułą i odkladam na jakies parę minut na talerz. Wszystko po to, aby chrupobuła zmiękła nieco. Wtedy smażac na duzym ogniu robi sie taka przyjemna skorupka, ktora zapobiega wyciekaniu z kotletów wilgoci i tluszczu :)

Napisane przez: futrzak | 26 września 2013

Sałatka z pora, jabłka i buraczka

Potrzeba jak tytule:

– 1-2 pory
– 1-2 jablka
– 1-2 ugotowane buraczki
– oliwa, sol, sok z cytryny

Pory kroimy na cienkie paseczki, wrzucamy na sitko i blanszujemy (tj. polewamy wrzątkiem). Dzieki temu nie beda takie ostro/gorzko/twarde. Jablka scieramy na tarce o grubych oczkach, buraczki kroimy na male, cieniutkie plasterki. Mieszamy, solimy, polewamy oliwa i skrapiamy sokiem z cytryny do smaku :)

Napisane przez: futrzak | 26 września 2013

Sos do ryby tłustej, błotnistej :)

Sa tu w Argentynie ryby, ktore plywaja w Paranie a nazywaja sie Sabalo. Jest toto duze, baaaardzo tluste i jak kazda ryba wód blotnistych (no, prawie kazda…) wali mułem na kilometr.
Troche czasu zajelo mi wymyslenie, co z tym zrobic, aby bylo jadalne. Miejscowi obsypuja jakimis ziolami, nacieraja czosnkiem z sola i pieką, ale to jeszcze nie to bylo.

No i dzis przyszlo olsnienie, proste jak konstrukcja cepa.
UWAGA: jak na warunki polskie odpowiednikiem takiej ryby bedzie karp. Tez wali mułem :)

Co potrzeba:

– sos pomidorowy w kartoniku
– duza ilosc suszonej (a jeszcze lepiej prosto z krzaczka) bazylii
– czosnek
– sol i pieprz do smaku.

Wszystko mieszamy – przy czym bazylii powinno byc naprawde duzo. Ilosc czosnku (rozgniecionego), soli i pieprzu w/g uznania. Odstawiamy na pare godzin do lodówki w celu przegryzienia. Potem rybe (filet) obficie sosem smarujemy, zawijamy w folie i do piekranika. MNIAM :)

Szybko i bezproblemowo – nie to co tzw. „ryba po grecku” tradycyjnie krolujaca na polskich stolach. Raz, ze nic toto nie ma wspolnego z jakimkolwiek przepisem greckim dwa, ze trzeba sie ochetać jak nie wiem co. A tu – prosze. Prosto, szybko i przyjemnie, roboty malo, jedzenia duzo :)))

Napisane przez: futrzak | 26 września 2013

Sałatka z selera naciowego

Potrzeba niewiele:

– jeden duzy seler naciowy
– opakowanie śmietany gęstej
– 2 ząbki czosnku
– kilka liści mięty
– sól do smaku

Nóżki selera kroimy na wąskie krążki, liście siekamy. Smietanę mieszamy z czosnkiem, posiekanymi liscmi mięty i sola. Odstawiamy na jakas godzine do lodówki, zeby sie przegryzlo. Potem mieszamy z pokrojonym selerem i voila – gotowe :)

Nigdy nie przypuszczalam, ze taka mieszanka smakow – mięta i seler będą smaczne – ale jednak sa!
Uwaga dla tych, co to lubia sobie skladniki zastepowac: jesli ktos wezmie do tej salatki zamiast selera naciowego korzen, to puści pawia :)

Older Posts »

Kategorie